środa, 8 września 2010

Narkomania - czy rodzice są w stanie zmotywować dziecko do leczenia się?

Agnieszka poprosiła nas dzisiaj o wypełnienie prostej ankiety. Pytanie brzmiało: Czy rodzice są w stanie zmotywować dziecko do leczenia się?
Ankietę wypełniło 14 osób. Agnieszka zliczyła odpowiedzi, a ja szybko policzyłam rozkład procentowy. Wynik wyglądał następująco:

  • zdecydowanie tak - 3 osoby = 21%
  • w znacznym stopniu - 5 osób = 36%
  • w niewielkim stopniu - 5 osób = 36%
  • zdecydowanie nie - 1 osoba = 7%

Pokuszę się o interpretację tego wyniku.
Suma odpowiedzi zdecydowanie tak i w znacznym stopniu wynosi 57%, co daje przewagę nad sumą odpowiedzi zdecydowanie nie i w niewielkim stopniu, których było 43%.

Według mnie jest to wynik dający nadzieję. Można wnosić, że więcej osób ma pozytywne doświadczenia w motywowaniu dziecka do leczenia. W tej grupie z pewnością są ci, którzy odnieśli sukces oraz tacy, którzy są na najlepszej drodze do jego osiągnięcia. To bardzo budujące i zachęcające dla tych rodziców, którzy jeszcze nie wierzą we własne siły. Warto przemyśleć sprawę i już dzisiaj zacząć wprowadzać zmiany. Skoro inni osiągnęli sukces, dlaczego mnie ma się nie udać?

Dla tych, którzy pomyślą może, że ankieta jest przeprowadzona na mało reprezentatywnej grupie 14 osób, spieszę z zaskakującą informacją. Otóż wynik ankiety przeprowadzonej na naszej grupie wsparcia, jest zbieżny z wynikiem takiej samej ankiety, przeprowadzonej w Internecie >> ANKIETA

W sieci wypowiedziały się do tej pory 194 osoby, więc próbka jest już bardziej liczna. Do tego, zakres badanych nie jest zawężony jedynie do osób uczestniczących w grupie wsparcia.

Ciekawie to wypadło i cieszę się, że Agnieszka wykorzystała ankietę ze strony, którą prowadzę www.narkomania.neostrada.pl.

środa, 1 września 2010

Uzależnienia - po co chodzimy na grupę wsparcia?

Dzisiaj mamy się zastanowić, co daje nam systematyczne przychodzenie na grupę wsparcia. Agnieszka na początek trochę nam pomogła i odczytała
ściągawkę. Potem oddała głos osobie, która przyszła tu po raz pierwszy. Chcieliśmy dowiedzieć się od niej, co sprawiło, że pojawiła się na grupie.
Dalsza dyskusja, jak to często bywa, odbiegała od głównego tematu, każdy jednak starał się, chociaż jednym zdaniem, nawiązać do niego. Z tym jednym zdaniem, to ciekawa sprawa, bo czasem właśnie jedno zdanie usłyszane na grupie, potrafi zapaść w nas bardzo głęboko. Zabieramy je ze sobą, bo było przeznaczone właśnie dla nas.
Z tego spotkania zapamiętam wypowiedź Zdzisława, że czynni narkomani są jak piranie - skubią swoje ofiary z pieniędzy albo uczuć...

środa, 25 sierpnia 2010

Dwubiegunowość interesów RODZICE - DZIECI

Na jednym biegunie RODZICE chcący kontrolować życie dzieci i za wszelką cenę uchronić je przed konsekwencjami ich własnych wyborów.
Na drugim biegunie DZIECI chcące realizować swoje życie według własnych pomysłów.

Ucieszyłam się, bo temat trochę zahacza o moje przemyślenia sprzed tygodnia, a dotyczące naszych postępów w "odcinaniu pępowiny".
U nas sytuacja wygląda tak, że syn wyprowadził się do dziadków. Moi Rodzice zgodzili się go przyjąć, kiedy ich o to poprosił. Przede wszystkim ma tam większą swobodę i nie czuje się kontrolowany. W domu każdy jego późniejszy powrót nie był mile widziany. Po prostu nam to przeszkadzało, bo oboje wstajemy rano do pracy i chcemy się wyspać. Nie wpływało to dobrze na nasze nowo odbudowane relacje z synem.
Teraz sytuacja przypomina trochę rozwiązanie zalecane przez terapeutów, kiedy to, po terapii, dziecko nie wraca do rodzinnego domu. Często neofici zaczynają nowe życie w miejscowości, w której się leczyli. Tam kończą naukę, podejmują pracę. Jeżeli ośrodek stwarza takie możliwości, na początku mogą zamieszkać w hostelu. Hostel to takie miejsce, które nie jest już ośrodkiem, ale obowiązują tam pewne zasady, które pomagają płynnie i bezpiecznie przejść z rzeczywistości ośrodkowej do świata bez ochronnego klosza.

środa, 18 sierpnia 2010

Zmieniać się - terapia współuzależnienia



Przez trzy tygodnie nie napisałam nic nowego na blogu, ale w końcu są wakacje, wyjazdy i zmiany, zmiany, zmiany...


W czasie długich, bieszczadzkich wędrówek, mogłam porozmawiać z samą sobą i dowiedzieć się od siebie ciekawych rzeczy:

Po schodach korzeni
Po schodach kamieni
Po mozaice liści
Poznaję, że nie ma drugiej takiej samej chwili


Możemy przechodzić tą samą drogą dwa razy, ale ani my, ani droga, nigdy już nie będziemy tacy sami.

Na grupę dotarłam jak zwykle trochę spóźniona. W sali, na stoliku, wśród innych materiałów edukacyjnych, leżała karteczka:

"Współuzależnioną jest osoba, która pozwala na to, by zachowanie innej osoby oddziaływało na nią ujemnie i która obsesyjnie stara się kontrolować zachowanie oddziałującej na nią w ten sposób osoby."

Tekst postanowiłam potraktować, jako swoisty rachunek sumienia. Skoro chodzę już tak długo na spotkania, to czy coś w tym czasie ze sobą zrobiłam? Czy się zmieniłam?
Co do pierwszej części definicji osoby współuzależnionej myślę, że nauczyłam się stawiać granice, które jasno określają na co się nie godzę, szanuję siebie i oczekuję tego od moich dzieci.

Trochę gorzej widzę moje postępy w kwestii "odcięcia pępowiny".
Syn, co prawda, nie mieszka z nami, ale był to jego pomysł, który na początku nie bardzo mi się podobał. Pewnie odezwała się we mnie niezdrowa chęć kontrolowania życia mojego, dorosłego już przecież, dziecka. Teraz jednak dostrzegam pozytywy takiego rozwiązania i cieszę się, że zaufałam mądrości mojego zdrowiejącego syna.

środa, 21 lipca 2010

Interwencja - kontynuacja

Dzisiaj mamy się zastanowić nad tym, czy umiemy mówić otwarcie prawdę? Co robimy, kiedy w pokoju dziecka znajdujemy lufki, papierki, sreberka, torebki strunowe wypełnione suszem albo puste? Może nie mówimy nic, żeby nie wywoływać wilka z lasu. Uspokajamy się, że to nic groźnego. Skwapliwie wierzymy w tłumaczenia dziecka, że to rzeczy kolegi. Zaczyna się rozmywanie, zmiękczanie, zaprzeczanie faktom.

Zastanówmy się, co możemy zyskać, kiedy jasno wyartykułujemy prawdę. Prawda, chociaż trudna, jest konkretna i można się do niej ustosunkować. Można, a nawet trzeba zająć konkretne stanowisko wobec rzeczy nazwanych po imieniu. Można zacząć działać, zanim sprawy zajdą za daleko. Ponieważ prawda ma też taką właściwość, że lubi wychodzić na jaw, choćby po pewnym czasie. Warto więc mówić prawdę, nawet najgorszą.

Myślę, że czasem mamy problem z mówieniem prawdy, ale również z jej wysłuchaniem, bo to też wymaga odwagi. Takie spostrzeżenie, nasunęło mi się na koniec spotkania.

środa, 14 lipca 2010

Interwencja - metoda w terapii uzależnień

Upalne popołudnie. Wybieram cienistą stronę ulicy unikając palącego słońca. Oprócz mnie na grupę dociera tylko siedem osób, co z uwagi na taką tropikalną pogodę i wakacyjny czas wcale nie dziwi.

Mamy rozmawiać o interwencji. To jest konkretna metoda terapeutyczna, której inicjatorami i prowadzącymi są najbliżsi osoby uzależnionej. Do tego spotkania należy się najpierw dobrze przygotować, a potem zaprosić chorego i jasno przedstawić mu fakty z jego życia.
Na początek Agnieszka zarządziła tzw. "burzę mózgów" na temat: czego nie powinniśmy robić, kiedy mamy do czynienia z osobą uzależnioną. Oto nasze pomysły:
~ nie godzimy się na narkotyki w naszym domu ~ nie zaprzeczamy istnieniu choroby ~ nie kłamiemy na temat problemu ~ nie dajemy sobą manipulować ~ nie płacimy mandatów za dziecko ~ nie spłacamy jego długów ~ nie wpuszczamy do domu ~ nie godzimy się na agresję ~ nie marudzimy ~ nie „trujemy” ~ nie płaczemy ~ nie usprawiedliwiamy dziecka ~ nie wycofujemy się ~ nie odpuszczamy ~ nie wierzymy w obietnice ~ nie myślimy, że choroba sama przejdzie ~ nie wierzymy, że to pierwszy raz ~ nie dajemy się okradać ~ nie kontrolujemy ~ nie śledzimy ~

Na zakończenie każdy mówił jedno zdanie, które zrodziło się w nim pod wpływem dzisiejszego spotkania. Pomyślałam o tym, jak ważne jest wewnętrzne przekonanie do tego, co się robi.

środa, 7 lipca 2010

Wytrwałość w terapii współuzależnienia

Myślałam, że uda mi się wyjść ze spotkania bez słowa, ale Agnieszka sprytnie zatrzymała mnie pytając:
- Małgosiu, z jakimi uczuciami wychodzisz ze spotkania?

Chciałabym zachęcić tych rodziców, którzy są po raz pierwszy, albo byli dopiero kilka razy, żeby systematycznie przychodzili na spotkania.
Pamiętam siebie na początku, jak ze spotkania na spotkanie miałam coraz większe oczy, ze strachu. Ale przychodziłam, słuchałam, uczyłam się i po woli wprowadzałam to, na co się zdecydowałam w czyn. Każda rodzina ma swoją własną drogę do przebycia. Nie ma uniwersalnej drogi wychodzenia z uzależnienia i współuzależnienia. To są indywidualne wybory, które wypracowujemy sami, korzystając z doświadczeń innych rodziców. Na spotkania przychodziłam po "narzędzia" i instrukcję obsługi. Jak je wykorzystałam i że w ogóle wzięłam się do pracy, zależało już tylko ode mnie.
A efekty są. Dzisiaj, na przykład, przygotowaliśmy z synem wspólnie obiad. Syn zgrabnie połączył dwa przepisy i wyszło całkiem nowe, lekkie danie na upalny dzień. Przed wyjściem żartowałam, że nie otworzę ust na grupie, bo do sosu dodałam dużo czosnku ;-) Gdyby nie Agnieszka, prawie by mi się udało.

W drodze powrotnej do domu myślałam o tym, jak ważna jest wytrwałość w działaniu, której w moim przypadku towarzyszyła również wytrwałość próśb do Najwyższego.

Lamentacje Jeremiasza
Prośby wysłuchane

Wzywałem imienia Twego, o Panie,
z przepastnej jamy,
słyszałeś mój krzyk: "Nie zatykaj uszu na moją prośbę!"
Zbliżyłeś się w dniu, gdy Cię wzywałem,
rzekłeś – "Nie bój się"